codziennik

historia pewnego misia i seria niefortunnych zdarzeń

Zaczęło się wczoraj na popołudniowym spacerze.

Adaś biegał po placu zabaw i nagle słyszę „Maaaamooooo miiiiiiś”. Myślę sobie, że pewnie ktoś go tam porzucił. Ale w tym samym momencie w mózgu przewijają mi się tysiące myśli, obrazków, skojarzeń. Patrzę tam i nie widzę żadnego misia. I już prawie wiem, ale nie chcę jeszcze wierzyć. Podbiegam, a Adaś głaszcze paluszkiem… zdechłą mysz. Ktoś ją tam musiał porzucić. Tak. Pewnie kot…

Dalej nie było lżej. Czego oprócz myszy nie lubią mamy, a kochają dzieci? Robale. No i pojawił się. Wielki konik polny czy co to tam było. Zdjęcie nie oddaje wielkości insekta, ale nie było chętnych na położenie ręki obok. No może Adaś, ale on już pogłaskał swojego misia.

Postanowiliśmy opuścić plac zabaw, co by uniknąć dalszych przygód zoologicznych. A może na kolację naleśniki? No i pojechaliśmy do Mr. Pancake. Nie było lemoniady… nie było musu truskawkowego ani truskawek, ani borówek… ale i tak było słodko i smacznie.

A dziś rano na dokładkę przygód na placach zabaw zabiłam telefon.  Więc po powrocie do domu napisałam takiego maila do męża

„i stało się…

zaczęło lać, adaś uciekł, chociaż jak się okazało później pod daszek, szybko chciałam zapakować leona do wózka i pobiec po niego, byłam zmęczona i tak jak ci mówiłam zepsuła się osłonka na telefon i trach… roztłukł się w drobny mak… najcenniejsza materialna rzecz jaką miałam… iPhone… nie działa…”

Właśnie pojechał go naprawić. Trzymam kciuki. Mam nadzieję, że to koniec tej serii niefortunnych zdarzeń.

 

Wielki robal i resztki pankejków.  Piękne towarzystwo.

zdjęcie 1 (6)

zdjęcie 4 (3)

You Might Also Like

4 komentarze

  • Reply
    Kasia Youhavethat
    25 lipca 2014 at 14:02

    A mi dzisiaj zwiał Czardasz, bo zostawiłam otwartą bramę. A że poruszanie się sprawia mi coraz większy trud to wypad na poszukiwanie go był wyzwaniem. Przez głowę przechodziło mi tysiące myśli związanych z tysiącami rodzajów mojej śmierci tudziez tortur jakie wymyśliliby rodzice gdyby psu coś się stało;) Na szczęście sam wrócił i czekał na mnie pod bramą. Ufff;)

    • Reply
      efcia
      28 lipca 2014 at 13:04

      Dobrze, że przynajmniej rybki nie mogą uciec, bo jakbyś miała ścigać całą gromadę, to byłoby wyzwanie.

  • Reply
    Mama Tesia
    27 lipca 2014 at 23:09

    Nie wiem czy nie zeszłabym na zawał gdyby któreś z moich Dzieci pogłaskało zdechłą mysz…Ale pasikonik jest całkiem sympatyczny 🙂

    • Reply
      efcia
      28 lipca 2014 at 13:01

      Starałam się zachować zimną krew. Lekko nie było. A to był pasikonik gigant, był wielkości tej myszy. Miał dobre 10 cm.

    Leave a Reply

    This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.